Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 4 czerwca 2015

Rozdział 10

Rozdział 10

….Van nic nie powiedziała, ale z zakłopotaniem na twarzy wybiegła z domu 

Lynch’ów. Ja nic nie mówiąc pociągnęłam Rikera za rękę do jego pokoju. Kiedy 

zamknęłam drzwi zaczęłam mówić.

- Riker…. No nie wiem jaki ci to powiedzieć, ale no….- mówiłam cały czas z 

zakłopotaniem. Nie wiedziałam jak mu to wytłumaczyć.

- No mów dalej, dalej. Come on!- pośpieszał mnie Rik.

- Nooooo…… Van wybiegła tak nagle dlatego, że nie wiedziała co ci powiedzieć, 

ponieważ ona…………. Ona ma chłopaka Johna, którego bardzo kocha, a ja nic 

nie mówiłam bo ona nie chciała żebyś się dowiedział, ale na pewno 

powiedziałaby ci, że ma chłopaka jak dowiedziałaby się co chcesz jej powiedzieć 


wyznać.- zakończyłam swój monolog, a Rik rzucił kwaty na podłogę i wybiegł z 

pokoju do łazienki zamykając się. Stałam tam chyba z 4 godziny  i dobijałam się 

do Rika, aż nie przyszedł Ross w sumie to po raz chyba 100.

- Daj sobie spokój, on tak czy tak nie wyjdzie on tak ma. – mówił Ross 

odciągając 

mnie od drzwi wspomnianego pokoju, ale ja nie dawałam za wygraną. On 

trzymał 

mnie za rękę a mi udało się wyrwać. Niestety Ross był za szybki, z prędkością 

światła złapał mnie od tyłu w talii.

-Ross! Ale on nie daje żadnych oznak życia ani odgłosów, szmerów niczego od 4 

godzin. – powiedziałam i rozpłakałam się. Nawet nie wiem dlaczego chyba 

dlatego że jesteśmy ze sobą wszyscy tak silnie związani od dzieciństwa że cos 

we mnie pękło. Odwróciłam się do Rossa i wtuliłam się w niego.

- Ross no zrób coś! Nie wiem wyważ drzwi. – jemu może coś się stało – pw.

-No ok, spróbuję, ale nie martw się wszystko będzie dobrze- powiedział, 

pocałował mnie w czoło i zabrał się do pracy. Za drugim razem udało mu się 

dobić do drzwi. To co tam zobaczyliśmy zmroziło na krew w żyłach. Na białych 

zakrwawionych płytkach leżał Rik w wielkiej kałuży krwi. Ja rozpłakałam się na 

dobre a Ross tylko krzyczał żebym szybko dzwoniła na pogotowie ale widząc 

mój 

stan sam zadzwonił. Krzyczał tak głośno że wszyscy się zeszli i też zaczęli 

rozpaczać i ubolewać. Najgorsze było to że czekaliśmy tak 4 godziny. On….. on 

……on może nie przeżyć może się wykrwawić na śmierć. Ja płakałam bardzo tak 

jak Rydel. Od razu jak Ross przestał rozmawiać z lekarzem, przyciągnął mnie i 

mocną przytulił, pocałował. Zrobił właśnie to co powinien zrobić każdy chłopak w 

takiej sytuacji. Ideał. Przyjechała karetka i zabrała Rikera był blady jak ściana. 

Ratownicy nikomu nie pozwolili jechać w karetce ze względu na stań znajomego.

- Jaaa….. – zaczął Ross – my dojedziemy potem Lau musi się uspokoić. – 

powiedział do Rydel, a ona tylko pokiwała głową ze zrozumieniem. My z Rossem 

wróciliśmy do domu Lynch’ów żadne z nas nie chciało wchodzić do łazienki. 

Ross 

zrobił mi ciepłej herbaty, a ja siadając na kanapie zaopatrzyłam się w 2 pudełka 

chusteczek i ciepły koc. Po chwili zobaczyłam przed nosem białą smutną 

czuprynkę. Jak Ross odwrócił się w moją stronę pisnął jak dziewczynka. Ja 

chciałam się głośno zaśmiać ale w tej sytuacji nie mogłam. Usiadł koło mnie a ja 

przesiadłam mu się na kolana, płacząc jak bóbr wtuliłam się w niego jak w 

pluszowego misia. Nagle mi się coś przypomniało.

- Ross, ty wiesz że my jeszcze nie powiedzieliśmy i nie zadzwoniliśmy do Van!


- O Boże! Lau! Ona się załamie mimo wszystko. – odpowiedział mi Ross.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz