Łączna liczba wyświetleń

sobota, 26 września 2015

Rozdział 26

Rozdział 26
*Oczami Rydel* (NOWOŚĆ! :D)
Obudziłam się dosyć późno jak na mnie; o 11. Ubrałam się i umalowałam. Na śniadanie zrobiłam sobie naleśniki. Nikogo nie było w domu, oprócz mnie. Czyli oznaczało to, że chłopaki zostali w szpitalu. No cóż trzeba będzie się pośpieszyć, żeby ich zmienić w szpitalu. Ciekawe czy są jakieś nowe wieści na temat Rikera albo Vanki. Mam nadzieję, że już się wybudzili czy coś, ale nadzieja matką głupich. Szybko pozmywałam po posiłku i wybiegłam na dwór jak torpeda, zabierając za sobą torebkę i kluczyki, a potem zamykając drzwi. Zamykałam je 10 minut - z pośpiechu nie mogłam trafić do dziurki od klucza. Nareszcie dokonałam tego i wsiadłam do samochodu. Kolejnego... Dojechałam pod szpital w 5 minut, bo jechałam 200km/h, a o dziwo nikogo nie było na drodze. Radar nie pierdzielnął mi zdjęcia więc było dobrze. Znowu w szaleńczym tempie wpadłam do holu i pognałam do windy. Już zaraz mogłam wyjść i zobaczyć uśmiechniętych chłopaków.
- A wam co tak wesoło, jak Rik i Van są w szpitalu!? - zapytałam zbulwersowana.
- Vanka się wybudziła, a z Rikiem jest lepiej i dzwoniliśmy do rodziców i wszystko im powiedzieliśmy, już tu byli. - i tym właśnie, za razem mnie uszczęśliwili, zawiedli, zdziwili i zaskoczyli, zdenerwowali i rozwścieczyli.
*Oczami Lau*
Dzisiaj obudziłam się o 11.00. Oho! Coś długo jak na mnie. Otworzyłam me piękne oczka, jak czekolada(tak mówi Ross) i zobaczyłam wcześniej wspomnianego ludzia, bardzo blisko mnie, za blisko, zdecydowanie za blisko. Jeszcze się do mnie szczerzył! Bez proszenia i jakiegokolwiek uprzedzenia, zachłannie wpiłam mu się w usta. Mówiłam, że to dla mnie odległość niebezpieczna! Ross na początku był tym zdziwiony, ale potem odwzajemnił pocałunek z czułością. Wyszło tak, że zlecieliśmy na podłogę, a mieliśmy otwarte drzwi przeturlaliśmy się nie kontrolując tego na hol i do schodów. Na nasze nieszczęście zachwialiśmy się na samym początku schodów i caluteńki czas się całując sturlaliśmy się po schodach, aż natknęliśmy się na czyjeś stopy. Były to stopy rodziców Rossa, którzy byli w kompletnym szoku. Ja szybko zeszłam z Rossa, on podniósł się z ziemi, a ja poprawiałam moją koszulkę do spania. Z zawstydzonymi minami + ja z rumieńcami staliśmy przed moimi rozbawionymi teściami.
- Eeemmmm.... mamo, tato co tu robicie? - zapytał zaskoczony Ross z lekkim zakłopotaniem.
- No bo Rocky zadzwonił do nas ze szpitala, że Riker i Vanessa są w szpitalu bo mieli wypadek, no to wzięliśmy jak najszybszy lot z Londynu do Los Angeles i przylecieliśmy tylko na troszkę zobaczyć co z dzieciakami. Byliśmy już w szpitalu, wszystko dobrze, a teraz wybraliśmy się do Was. I tak jakby dziwnie wyszło... - zakończyła swój monolog Stormie z nieukrywanym rozbawieniem.
- Aha, no to tak samo wyszło, że zlecieliśmy ze schodów, ale nie ważne. Wejdźcie. - pw Ross już trochę bardziej rozluźniony niż ja.
- Chcą się państwo czegoś napić? - zapytałam z lekkim uśmiechem.
- Jakie państwo? Teraz to już mama i tata. - odpowiedział mi z szerokim usmiechem dotąd nieoddzywający się Ma... tata.
- Ja poproszę herbatę. - (Mark)
- Ja też - powiedziała z uśmiechem Sto... mama. Razem z Rossem poszliśmy do kuchni, zrobić zamówienia. Od razu jak weszliśmy i zamknęliśmy drzwi, wybuchnęliśmy cichym śmiechem. Ja wstawiłam wodę, a Ross przygotował kubki.
- Boże Ross, co to był? - zapytałam mojego narzeczonego.
- No nie wiem, nie wiem. Ale fajne przeżycie. - odpowiedział z nutką zaciekawienia, a ja zrobiłam face palm'a. 
- To twoja wina. - powiedziałam z usmiechem. - Było nie być tak blisko mnie jak się obudziłam. To jest dla mnie zdecydowanie niebezpieczna odległość. - zaczęłam się śmiać. Po zrobieniu herbaty poszliśmy do salonu. Po krótkiej pogawędce, postanowiliśmy pojechać do szpitala. Ja ubrałam się (w ten pierwszy zestaw) i pojechaliśmy do szpitala. Niestety długo zajął nam dojazd ponieważ były straszne korki na ulicach. W drodze dowiedzieliśmy się że rodzice zostają w LA tylko do jutra, a wracają dopiero na święta,czyli dopiero za 5 m-cy. Wyjazd im się przedłużył, ponieważ babcia Lynch dostała zawału i chcą być przy niej. Jak dojechaliśmy do szpitala, Ross zaparkował samochód i ruszyliśmy ślimaczym tempem na korytarz, do reszty. My z Rossem, trzymając się za ręce, ja przytulona do jego boku szliśmy pierwsi, a państwo Lynch za nami. Gdy weszliśmy na korytaż, od razu Ryd, Ell i Rocky powitali nas ciepłymi uśmiechami. My też odwzajemniliśmy te uśmieszki.
- Mamy dla Was świetną wiadomość! - powiedziała tryskająca ze szczęścia Rydel.

1 komentarz:

  1. Jestem ciekawa jaką wiadomość :)
    Czekam na kolejny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń